Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

3/15/2018

Bohaterowie powieści Mroza o Warszawie


  • Czym dla was jest Warszawa?
    J: Domem, ale przede wszystkim miejscem pracy. To tutaj można spełniać się zawodowo, realizować marzenia i czerpać z życia garściami.
    K: To prawda, zgadzam się, Warszawa to miasto pełne możliwości, jednak trzeba umieć się z nią obchodzić.
  • Co to znaczy Kordian?
    K: Jeśli ktoś nie mieszka tu od urodzenia, nigdy wcześniej nie był, ani nie pracował tutaj może mieć problem z odnalezieniem się.
    J: Chociaż wszystko zależy tak naprawdę od charakteru. Jeśli ktoś jest silny, pewny siebie i zdeterminowany to bez problemu da sobie radę. Gorzej gdy osoba zostawiła swoje mocne strony na prowincji i wita stolicę ze strachem i niepewnością.
  • Czy Warszawa przytłacza, nawet tak silnych i niezniszczalnych prawników jak wy?
    K: Zdecydowanie tak, to piękne miasto, ale chwilami jest go pod wieloma względami za dużo.
  • Jaka jest obecna Warszawa?
    J: Obecna Warszawa jest szybka i bezlitosna. Trzeba się odznaczać konkretnym charakterem, żeby tu przetrwać. Nie tylko w życiu zawodowym, ale i prywatnym. Tutaj wszyscy się gdzieś spieszą. Chociaż jakby ktoś zapytał nas do czego nam tak spieszno pewnie nie umielibyśmy udzielić sensownej odpowiedzi.
    K: Obecna Warszawa jest niesamowita, chociaż Joanna ma rację. Za dużo chcielibyśmy osiągnąć w krótkim czasie. Pogoń za posadą, pieniądzem i uznaniem przysłania nam prawdziwe wartości. Tak działa na nas to miasto.
  • Czy są jeszcze jakieś pozostałości po bardzo wyraźnym podziale na bogatych i biednych sprzed lat?
    K: Moim zdaniem podział na bogatych i biednych był, jest i będzie zawsze. Nie jesteśmy w stanie go unicestwić. Jednak teraz ten kontrast nie jest aż tak bardzo widoczny. Nie ma już dzielnic skrajnej nędzy i ubóstwa, są dzielnice zamieszkiwane przez osoby, które nie miały tyle szczęścia w życiu co inni i nie wydają pieniędzy lekką ręką. Nie ma także dzielnic, gdzie przebywa arystokracja, a są miejsca, które tworzą dom dla ludzi robiących międzynarodowe kariery, mających pomysł na siebie i niemartwiących się o pieniądze, ponieważ moją ich dostatecznie dużo.
  • Opracowała Julia Barć kl. IIdl
                                                    Znalezione obrazy dla zapytania kasacja

Wywiad z Canaletto- najsłynniejszym malarzem Warszawy


  • Panie Bellotto, dlaczego akurat Warszawa?
  • Ponieważ to piękne miasto, pełne uroku i wdzięku. Zależało mi, aby ukazać je takim, jakie ono jest właśnie dla mnie.
  • Jaka jest Warszawa na Pańskich dziełach?
  • Myślę, że na każdym z moich obrazów widoczne jest ciepło emanujące z określonego miejsca przedstawionego na malunku. Maluję Warszawę z różnych perspektyw, z różnych miejsc. Staram się uchwycić to, co najpiękniejsze w naszym mieście. Być może kiedyś, za wiele lat dokładność i precyzja moich dzieł pomoże w odtworzeniu budowli, kościołów czy deptaków, kto wie. Na moich obrazach widzimy prawdę, realną Warszawę. Dostrzegamy ludzi, którzy żyją razem, pomagają sobie, współpracują. Są po prostu dobrzy i zintegrowani. Ciężko także nie zauważyć pięknych budynków, które zostały wiernie przeniesione na płótno.
  • Jakby Pan krótko określił to miasto?
  • Warszawa to spójne miasto. Wszystko w nim współgra, tak jak na moich dziełach. Ma w sobie magię, której nikt nie jest w stanie się oprzeć. Cenię ją, ponieważ jakby nie patrzeć stworzyłem około siedemdziesięciu obrazów, według Warszawy. Jest więc moim miejscem pracy i zarazem źródłem utrzymania.
                            Podobny obraz

Stanisław Wokulski o Warszawie



Bolesław Prus „Lalka”- wywiad z głównym bohaterem powieści- Stanisławem Wokulskim (1879r.)

  • Panie Stanisławie, czym jest dla Pana Warszawa, jak Pan się w niej czuje?
  • Warszawa jest dla mnie przede wszystkim domem, czuję się tutaj dobrze. Jest też moim miejscem pracy, prowadzę dwa bardzo dobrze prosperujące sklepy galanteryjne.
  • Czy to miasto pozwala na godne życie czy raczej trudno tu cokolwiek osiągnąć?
  • Za młodu nie miałem nic, pieniędzy, perspektyw, miałem jedynie marzenia i chęci. W ciągu dnia ciężko pracowałem, natomiast w nocy uczyłem się. Chciałem bowiem ukończyć szkołę i stać się wielkim uczonym. Moje losy potoczyły się jednak inaczej niż planowałem. Najpierw udział w powstaniu styczniowym, zsyłka na Syberię, potem powrót do kraju, ożenek z wdową po właścicielu sklepu, przejęcie interesu, szybkie pomnożenie pieniędzy, które otrzymałem w spadku po żonie. Nie było mi łatwo. Na wszystko musiałem sobie ciężko zapracować. Każdy mieszkaniec Warszawy musi. Chociaż są wyjątki.
  • Co to znaczy, że są wyjątki, Panie Wokulski?
  • Warszawa dzieli się na kilka części, ale najwyraźniejszy podział to podział na „Warszawę bogatych” i „Warszawę biednych”. Ta pierwsza część to właśnie ten wcześniej wspomniany wyjątek. Prościej mówiąc arystokracja. Zbiorowisko ludzi, którzy żyją ponad stan, całe życie bawią się i ucztują. Oni mają wszystko, prócz uczuć. Pławią się w luksusach, podróżują po świecie, wydają mnóstwo pieniędzy na ubrania, świecidełka i jedzenie i nawet nie starają się zauważyć otaczających ich problemów. Podczas gdy arystokracja upija się na swoich wspaniałych przyjęciach w innej części Warszawy umierają ludzie. „Warszawa biednych”, tak można określić drugą stronę tego miasta. Na Powiślu, dzielnicy niezwykle ubogiej, rozpadającej się są ludzie, którzy żyją z dnia na dzień, którzy nie mają dosłownie nic. Kobiety muszą pracować jako prostytutki, żeby zarobić jakoś na życie. Mężczyźni, aby zapewnić posiłek swoim rodzinom także robią wszystko, co tylko możliwe. Jednak ich starania nie zawsze wystarczają. Na Powiślu ludzie mieszkają w ruderach. W zimie wszechobecny mróz i brud zabijają tysiące osób. To straszne. Gdyby tylko można było jakoś zapobiec temu wszystkiemu... Tej nierówności, tej okropnej biedzie i niesprawiedliwości.
  • Zgadzam się, to dramatyczne. Gdy jedni się bawią, inni umierają. Lecz czy nie ma pomiędzy tymi dwoma warstwami jakiejś środkowej?
  • Jest jeszcze mieszczaństwo. Warstwa żyjąca godnie. Mieszczanie trudnią się przede wszystkim handlem. Dobrym przykładem jest mój przyjaciel, Ignacy Rzecki. Pracuje on w jednym z moich sklepów, jest dobrym i uczciwym człowiekiem. W skład mieszczaństwa wchodzi również inteligencja. To ludzie, którzy swoimi zdolnościami intelektualnymi zarabiają na utrzymanie. Jest to twardy orzech do zgryzienia, na przykład moja znajoma, Helena Stawska, dająca lekcje gry na fortepianie ledwo wiąże koniec z końcem. Mieszczaństwo też jak widać nic za darmo nie ma. Nieważne czy Polak, Żyd czy też Niemiec, każdy musi zapracować na godne życie w Warszawie.
  • To interesujące, na koniec niech Pan podsumuje to jaka jest Warszawa, ludzie w niej mieszkający i realia z nią związane.
  • Warszawa to wspaniałe miasto. Potrzebuje jednak jeszcze trochę pracy nad sobą. Powinna się ona wzorować na Paryżu. Ludzie tutaj są pozornie tacy sami, a jednocześnie zdumiewająco różni. Bogata arystokracja, biedni powiślanie i mieszczaństwo. Chciałbym, aby to się zmieniło. Majętniejsi powinni pomagać uboższym, a mieszczanie nie mogą bać się rozwoju i postępu. Mam nadzieję, że doczekam się Warszawy, w której człowiek człowiekowi człowiekiem.



 ZdjÄ™cie użytkownika Warsaw By Drone.

1/12/2018

Wywiad z panią prof. Anną Lichoń

Rozmawiający: Kiedy zaczęła się Pani przygoda ze szkołą?
p. Anna Lichoń: Moja przygoda ze szkołą zaczęła się gdy poszłam do 1kl szkoły podstawowej (śmiech). Pamiętam, siedziałam wtedy w fartuszku w takich starych ławkach, w których jeszcze był kałamarz, w którym maczaliśmy pióra. Natomiast jeżeli chodzi o samą szkołę to podstawówkę i liceum-bo gimnazjum wtedy nie było, wspominam bardzo dobrze; przyjaźnie ze szkoły średniej trwają po dzień dzisiejszy.
R: Dlaczego mimo ukończenia liceum na profilu matematyczno-fizycznym jako kierunek studiów wybrała Pani polonistykę?
p.AL: Szczerze, pójście na mat-fiz w liceum to był całkiem przypadkowy wybór, z tego co wiem dość duża część mojej klasy podobnie jak ja po szkole udała się na studia humanistyczne.
R: Czy pamięta Pani moment w swoim życiu, w którym została podjęta decyzja o zostaniu nauczycielem?
p.AL: Trudno powiedzieć. Tak naprawdę planowałam zupełnie inny świat dla siebie. Marzyłam, aby jako osoba świecka, ponieważ nigdy nie chciałam zostać zakonnicą, wyjeżdżać do innych krajów na misje. Nie myślałam wtedy o nauczycielstwie-ewentualnie w Afryce. Jednak w klasie maturalnej zaczęłam myśleć pod tym kontem, jednym z powodów był fakt, że nigdy nie miałam problemów z j. polskim, ponieważ miałam świetną polonistkę, z którą do dzisiaj utrzymuję kontakt. Nazywałam ją skromnie panią od Herberta, ponieważ nauczyła mnie miłości do poezji i samego Herberta, którą dzisiaj staram się przekazać moim uczniom. Innym argumentem do pójścia w tym kierunku był fakt, iż jako jedyna w klasie posiadałam przywilej nie pytania na jej przedmiocie, mimo iż zawsze pytała, ponieważ byłam tak aktywna na lekcji, że nie było takiej potrzeby. Po liceum złożyłam jednak dokumenty na inny kierunek i tydzień przed egzaminem przeniosłam je na polonistykę.
R: Czy uważa się Pani za dobrego nauczyciela?
p.AL: To pytanie powinno wrócić do uczniów, których uczę. Nie wiem czy jestem dobrą nauczycielką, ale mam nadzieję, że tak. Nigdy nie uważałam się za kogoś wyjątkowego, robię to, co lubię. Mam nadzieję, że uczniowie widzą to i słyszą. Mimo iż miałam wiele propozycji pracy poza szkołą, nie przyjęłam ich, ponieważ nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego jak uczyć i mieć kontakt z młodzieżą . Mam satysfakcję, że mam kontakt od początku z uczniami szkoły średniej, ponieważ człowiek rozmawia już z dojrzałymi i odpowiedzialnymi ludźmi.
R:Jakim typem ucznia Pani była?
p.AL: Byłam przeciętnym uczniem jeżeli chodzi o przedmioty ścisłe, mimo iż było to mat-fiz. Uwielbiałam chemię, ponieważ miałam genialną nauczycielkę-wychowawczynię, która świetnie wykładała swój przedmiot. Gorzej było z fizyką i matematyką. Byłam uczniem angażującym się w życie szkoły. Nasza klasa miała zacięcie artystyczne- często organizowaliśmy akademie, występy, program na studniówkę. Chociaż czasem dawaliśmy jako klasa w kość, to raczej nie było źle. Myślę, że istnienie w szkole to nie tylko kwestia ocen i obecności, ale zaangażowanie w różne sfery życia szkolnego

R: Czy miała Pani swoja ulubioną klasę w szkole?
p.AL: Tak, była to moja pierwsza klasa w tej szkole, klasa dziennikarska, moje słynne „prosiaczki” (gdy do kogoś mówię prosiaczek to broń Boże nie jest to obraźliwe, a wręcz przeciwnie bardzo miłe). To była  bardzo zróżnicowana klasa: jedni to byli typowi metale, a dziewczyny bardziej przypominały świat Barbie. Dawali popalić, ale byli to fantastyczni, młodzi ludzie. Przeżyłam z nimi wiele przygód, wspaniałych wycieczek, chwil i spotkań. Jednak o rzeczach najciekawszych z wycieczek przyznali mi się dopiero po maturze (śmiech). Mam to szczęście, że spotykamy się co roku w okresie między Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Wspominamy wtedy „stare” dzieje i opowiadamy nowe historie. A tak poza tym mogę powiedzieć, że ogólnie mam bardzo duże szczęście jeżeli chodzi o klasy, które uczę, nie narzekam, mam z nimi dobry kontakt i nigdy nie sprawiają mi większych problemów-może dlatego, że jestem wymagająca(śmiech). Mam tylko nadzieję, że skoro ja lubię te klasy, to te klasy też mnie lubią.
R: Czy ma Pani jakąś swoją książkę bliską sercu?
p.AL: Z przykrością muszę przyznać, że w roku szkolnym jeżeli chodzi o książki nie jest za dobrze, prawie ich nie czytam-wiem, że brzmi to fatalnie, ale po prostu przy ilości wypracowań i sprawdzianów, które trzeba poprawić, nie znajduję czasu. Jednak taką książką, która odegrała dużą role w moim życiu jest „Cień wiatru”(pierwsza cześć serii) Carlosa Ruiza Zafón’a. Opowiada o ludziach, którzy szukają w zagubionej bibliotece swojej własnej książki. Była ta jedna z nielicznych książek w moim życiu, którą przeczytałam jednym tchem (specjalnie, żeby skończyć siedziałam do 5 rano *śmiech*).  Bardzo lubię czytać książki  biograficzne, reportaże współczesne i nie tylko. Zachęcam do czytania, bo to naprawdę wielka przyjemność.
R:Czy uważa Pani, że są lektury, które można pominąć?
p.AL: Nie wyobrażam sobie, żeby były jakieś lektury, które trzeba omijać szerokim łukiem. Uważam jednak, że kanon lektur w dzisiejszych czasach dla szkół średnich jest bardzo ograniczony. Ja sama nie przyjmuję do wiadomości, aby moi uczniowie wyszli ze szkoły z lekturami określonymi tylko w podstawie programowej. Dlatego pozwalam sobie na urozmaicenie tego programu o inne, ciekawe i ważne książki.
R: Czy ma Pani jakieś rady dla maturzystów, jeżeli chodzi o j. polski?
p.AL: Moja rada jest taka, by zawsze czytać dokładnie polecenia, zwracać uwagę na to, co się  wymaga, przede wszystkim, żeby zrozumieć temat i się go trzymać. W rozprawce przywoływać argumenty ściśle związane z tezą, a nie na chybił-trafił. Na maturze ustnej nie przerażać się wylosowaniem tematu językowego tylko skupiać nie na wykonaniu polecenia. A najważniejsze czytać dokładnie lektury, a szczególnie te z gwiazdką! Uważać, aby nie popełnić błędu kardynalnego. Nie szarżować z czasem, do wszystkiego podejść na spokojnie, a wtedy wszystko będzie dobrze i matura będzie zdana.
R: Dziękujemy za poświęcony czas i opowiedzenie ciekawej historii.

Rozmawiali: Martyna Krupa i Jacek Wojnarowski.

Rozmowy o poezji z Marleną Niemiec


Poezja jest dla mnie tylko sposobem dojrzewania. Dlatego nie wstydzę się nawet słabszych wierszy. Są etapami, dochodzeniem, samookreślaniem.Tym jest poezja dla Anny Kamieńskiej- współczesnej poetki. A czym dla Marleny?
O swoich poetyckich fascynacjach, inspiracjach i artystycznych doznaniach opowiedziała nam w wywiadzie.

Redakcja: Jak zaczęła się Twoja przygoda z poezją?
Marlena Niemiec:Przygoda to pojęcie jednorazowego przeżycia czegoś…Jeśli życie potraktować jako jednorazowe doświadczenie to poezję można nazwać u mnie przygodą. Od przedszkola dużo recytowałam. Na początku tylko wtedy miałam styczność z poezją. Ale to nie było dojrzałe wybieranie konkretnych tekstów do prezentacji czy lektury. Świadomie zaczęłam poszukiwać, interesować się, czytać gdzieś w okolicach gimnazjum. „Przygoda” to w ogóle optymistyczne określenie. Bardziej może „znajomość z poezją”.
R.: Gdzie szukasz inspiracji?
M.N.: Na pewno najbardziej inspirujące są biografie jednostek, które uważam za wybitne. Wszystkie te jednostki są z pogranicza artysta/ filozof. Czytanie ich utworów, zagłębianie się w ich świat jest dla mnie wyjątkowo zajmujące. Inspiracja płynie głównie z fascynacji jednostką (nie ważne czy osoba żyje, czy poznać ją można tylko przez to, co po sobie zostawiła). Fascynacja jednostką występuje u mnie, rzecz jasna, w tym znaczeniu, które nie ma nic wspólnego z polityką (ten termin kojarzy mi się zbyt politycznie). Na ogół inspirację czerpię z przerażenia codziennością, gdy odłożę na chwilę książki i rozejrzę się dookoła. Ten moment jest najgorszy i najlepszy.
R.: Gdybyś miała określić tematykę swoich wierszy, to jaka ona by była?
M.N.: Wiem jaka na pewno nie byłaby- optymistyczna. Te teksty wrażają głównie zwątpienie, brak nadziei, ogólny pesymizm i niechęć do życia. Mają w sobie okruchy czarnego humoru, ironii i krytyki powszechnie przyjętych wzorców. Raczej nie są specjalnie odkrywcze w dobie współczesnej ponurej rzeczywistości.
R.:Czy czujesz się poetką?
M.N.: Raczej nie. Jeszcze chyba za wcześnie na takie określenia.
R.: Co to znaczy być poetką w XXI w.?
M.N.: To znaczy być w stanie zainteresować kogokolwiek poezją, umieć sprawić, że ludzie odłożą na chwilę telefony i coś się w nich zmieni. Gdybym miała wybór,  nie żyłabym w XXI w.
R.: Jak rozwijasz swoje pasje?
M.N.: Czasem pojawiam się na konkursach recytatorskich, czasem coś napiszę, ale dużo więcej czytam.
R.: Do kogo kierujesz swoje wiersze?
M.N.: Zbyt mało ludzi w ogóle kiedykolwiek przeczytało jakiś mój tekst, by mówić o grupach,  do których kieruję swoja twórczość.
R.: Czy wiążesz swoją przyszłość z poezją?
M.N.: Będę pisać dopóki będę mieć taką potrzebę, pomysły. Przyszłość to dla mnie bardzo chwiejne i zamazane pojęcie.
Poezja jest dla mnie wstążką wiążącą dni w mniej lub bardziej sensowną całość.
Inspiruje mnie dym.
Marzę o braku argumentów na „nie”.
Ulubiony poeta- jest ich wielu na jednakowym poziomie mojej miłości do nich, żeby o nikim nie zapomnieć, nie wymienię żadnego dla bezpieczeństwa.
Nie lubię prymitywnych ludzi.
Denerwuje mnie brak czasu na czytanie.
Interesuje mnie co czuł „jakiś tam” artysta 50 lat temu w czwartek o 15:00.
Książka, do której powracam to „Mroki” Jarosława Borszewicza.
Tęsknie za ciepłem kociego futerka w chłodne dni.
We współczesnym świecie przeraża mnie… prawie wszystko?
Myśl o przyszłości napawa mnie lękiem.
Wzrusza mnie naiwność ludzi.
Chciałabym szybko się wypalić, by długo nie gasnąć.
Dziękujemy za wywiad. 

Wywiad z Panem Bolesławem Radoniem, założycielem klubu HDK

Reporterka: Co skłoniło Pana do założenia w szkole Klubu Honorowych Dawców Krwi ?
p. Bolesław  Radoń : Skłoniła mnie sytuacja jaka panowała wtedy w Polsce oraz domagała się tego młodzież. W owym czasie istniał Związek Młodzieży Socjalistycznej, do którego musiał należeć każdy, natomiast do HDK tylko chętni. Uczniowie chcieli poczuć się niezależni, a do tego w telewizji nagłaśniano, że brakuje krwi dla chorych, więc doszedłem do wniosku, że istnieje potrzeba stworzenia takiego klubu. Nasze stowarzyszenie było pierwsze, ponieważ ani u nas, ani w innych szkołach takiego nie było. Oczywiście w różnych zakładach i rafineriach istniały kluby HDK-u, jednak zrzeszały tylko osoby dorosłe oraz pracujące. Nowością było to, że do naszego klubu mogła należeć młodzież. Uczniowie  oddawali krew bezinteresownie- nie korzystali z wolnego dnia i wracali na zajęcia lekcyjne, nie patrząc na to, czy mają klasówki lub sprawdziany.
Reporterka: Czy Klub od początku cieszył się dużym zainteresowaniem wśród uczniów ?
p.BR: Bardzo, bardzo dużym zainteresowaniem. Codziennie dochodzili nowi chłopcy nawet niepełnoletni, a w klasach 3 i 4 technikum prawie wszyscy należeli do HDK.
Reporterka: Czy pamięta Pan klasę lub grupę młodzieży, która oddała najwięcej krwi, ile to było ?
p.BR: Zaraz na początku powstania klubu chłopcy oddali ok.20l krwi. Kiedy dwie dziewczynki z Jasła miały wypadek to oddać krew pojechało 30 uczniów. Każdy oddawał 200ml to też w sumie wyszło ok. kilkunastu litrów. Gdy Pani Barbara Ruchała- wicedyrektor szkoły, zachorowała to oddać krew dla niej pojechało aż 40 uczniów. Trudno powiedzieć ile tej krwi w sumie oddali, gdyż zawsze kiedy była potrzeba, chętnie oddawali krew. 
Reporterka: Czy spodziewał się Pan, że działalność koła będzie kontynuowana przez kolejne lata ?
p.BR: Nie myślałem, ponieważ odchodząc na emeryturę, poprosiłem panią Salchę, żeby zajęła się tym Klubem, na co chętnie się zgodziła. Potem prowadzenie klubu przejęła pani Gonet. Nigdy bym nie powiedział, że HDK odniesie taki sukces. Dzisiejsza uroczystość była piękna. Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że nie mamy sztandaru w szkole. To znaczy niegdyś były takie plany, ale…
Reporterka: Co Pan czuje widząc, że krwiodawców przybywa ?
p. BR.:  Odczuwam satysfakcje i zadowolenie widząc, że są ludzie wrażliwi na potrzeby drugiego człowieka, który jest w ciężkiej sytuacji i robią to bezinteresownie. Przy czym młodzi krwiodawcy powinni agitować wśród kolegów, koleżanek, żeby przystąpili do HDK, bo to jest najlepszy i najpiękniejszy lek.
Reporterka: Co Pan chce przekazać przyszłym krwiodawcom ?
p.BR: Dopóki możecie oddawajcie krew-to pierwsza sprawa; druga sprawa-zwiększajcie szeregi. Dzięki temu będziecie odczuwać satysfakcje do końca życia, że komuś bezimiennemu je uratowaliście, że wasza krew pomogła w powrocie do zdrowia.
Reporterka: Jak wspomina Pan okres spędzony tu w szkole ?
p.BR: Wspominam ten czas bardzo dobrze, mile. Rożnie to bywało, ale wszyscy tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Bywało tak, że lekcje się kończyły a myśmy zostawali w pokoju nauczycielskim i jeszcze rozmawialiśmy. Każdy był zadowolony, nikt nikomu nie był wrogiem.
Reporterka: Dziękujemy za poświęcenie chwili i mamy nadzieje, że jeszcze się z Panem spotkamy.


Wywiad z Tomaszem Judymem

Redaktor Julia Hawrot: Panie Tomaszu, jak wspomina Pan czasy dzieciństwa?
Tomasz Judym: Pierwsze lata spędziłem na posyłkach, froterowałem, czyściłem posadzki, myłem w kuchni garnki, rondle, nastawiałem samowary i latałem, latałem bez końca za sprawunkami. Jeszcze dziś pamiętam ten dom, te schody kuchenne! Ile ja tam cierpień… Całe moje dzieciństwo, cała pierwsza młodość upłynęły w nieopisanym, wiecznym przestrachu, w głuchej nędzy, którą teraz dopiero pojmuję. A zresztą , a zresztą… co tu gadać…
JH: Jak na początku wyglądała pana edukacja? Było Panu trudno?
TJ: Ciotka wynajęła pokój w korytarzu z osobnym wejściem jednemu studentowi. Płacił niedużo, ale za to miał obowiązek mnie uczyć i przygotować do gimnazjum. Ten facet mnie uczył sumiennie i przygotował. Radek się nazywał… Moje lekcje, gdy Radek się wyprowadził po skończeniu budy, odrabiałem w kuchni, na stole zawalonym rondlami, wpośród ziemniaków i masła. Ileż to razy ciotka mnie wyganiała precz, za byle winę! Ile razy musiałem błagać na klęczkach, żeby mnie znowu przyjęła do swego „domu”. Czasami w przystępie świetnego humoru dawała mi swoje rozklejone trzewiki, w których ku szczerej radości całego gimnazjum chodzić musiałem.
JH: Co Pan może jeszcze powiedzieć o swojej ciotce? Czy jest coś co Pan jej zawdzięcza?
TJ: Ciotce zawdzięczam wiele. Gdyby nie ona, zostałbym był na rodzinnym podwórzu. Ona mnie w świat wepchnęła, ale też com ja z jej powodu przeżył! Była to podobno, niegdyś cudna dziewczyna. Toteż prędko z sutereny ruszyła w świat…
JH: Bez wątpienia Pana dzieciństwo było trudne, ale czy dochodziło do jakichkolwiek starć pomiędzy Panem, a pańską ciotką?
TJ: Prał mię kto chciał: ciotka, służące, lokatorowie, nawet stróż w bramie wlepiał mi, jeśli nie kułaka w plecy, to przynajmniej słowo, często twardsze od pięści. I nie było apelacji.
JH: Skończył Pan studia medyczne, zatem jak Pan myśli, co jest obowiązkiem każdego lekarza w XIX w. ?
TJ: Czy nie jest naszym obowiązkiem szerzyć higienę tam, gdzie nie tylko jej nie ma, ale gdzie panują stosunki tak okropne? Któż to ma czynić, jeśli nie my? Życie nasze całe składa się z pasma poświęceń. Wczesną młodość spędzamy w trupiarni, a całość wieku w szpitalu. Praca nasza jest to walka ze śmiercią.
JH: Jeżeli miałby Pan porównać pracę lekarza z innym zawodem, co by to było?
TJ: Co może się porównać z pracą lekarza? Czy praca na roli, czy w fabryce, czy „zajęcie” urzędnika, kupca, rzemieślnika nawet żołnierza? Każda myśl tutaj, każdy krok, każdy czyn, musi być zwyciężeniem ślepych i strasznych sił natury. Ze wszech stron, z oczu każdego chorego patrzy w nas zaraza i śmierć.
JH: Nasuwa mi się pewne pytanie, czy jako lekarz ma Pan czas na marzenia?
TJ: Od dawien dawna, od czasu kiedy w szkołach zacząłem się uczyć dla samej nauki, snuły mi się po głowie pewne nieokreślone idee z dziedziny chemii, fizjologii… Dosięgałem zawsze myślami jakiegoś potężnego światła, tysiąc razy silniejszego od elektryczności, które oczom lekarza odsłoni wnętrze płuc słuchotnika. Tworzyłem kolosalne odkrycia w terapii gruźlicy, budowałem szpitale, jakich świat nie widział.
JH: Od zawsze chciał Pan pomagać ubogim? Miał Pan jakieś plany lub rozmyślenia na ten temat?
TJ: Właśnie drugą chimerą, która mnie ścigała, było zużytkowanie nieczystości wielkich miast. Trzecią, wynalezienie jakiegoś nowego środka lokomocji, który by zniweczył siłę wzrostu miast fabrycznych i rozproszył te zbiorowiska cegieł i ludzi po całym kraju.
JH: W Warszawie na pewno miał Pan ręce pełne roboty, jak wyglądał Pana dzień?
TJ: Całe ranki spędzałem w szpitalu na oddziale chirurgicznym, gdzie pełniłem obowiązki asystenta. Stołowałem się, jak za czasów studenckich, na mieście, a od godziny piątej, stosownie do wskazań spiżowymi literami wyrytych na tablicach, siedziałem w „gabinecie” aż do siódmej.
JH: Jakie emocje odczuwał Pan w momencie podjęcia decyzji, dotyczącej wyjazdu do Cisów?
TJ: Rozpoczynałem jak gdyby nową stronicę życia. Czasami błąkał się w moich myślach zgryźliwy frazes: „Filister zabiera się do robienia kariery, filister, filister”- lecz szybko ta gorzka nuta ginęła w cichej rozkoszy, jak tęsknota ściskająca piersi.
JH: Co Pan może powiedzieć na temat pańskiej pracy w Cisach?
TJ: O dziesiątej siadałem w gabinecie i przyjmowałem pewną kategorię chorych, przeważnie młodych zdechlaków, aż do godziny pierwszej. Po obiedzie zajmowałem się bawieniem dam, uczestniczyłem w organizowaniu teatrów amatorskich, spacerów, przeróżnych rekordów, wyścigów pieszych itd. Zabawki tego rodzaju musiałem traktować jako pracę swą obowiązkową, czy do nich miałem chęć, czy nie.
JH: Panie Tomaszu, czy po założeniu szpitala dla ubogich miał Pan dużo pacjentów, czy może powtórzyła się sytuacja z Warszawy?
TJ: Skoro urządziłem sobie z pierwszej widnej salki gabinet przyjęć, od razu zwaliła mi się na kark lawina Żydów, dziadów, obieżyświatów, biedaków, suchotników, rakowatych- wszystko, słowem, płacząca krwawymi łzami bieda polskiego, cuchnącego miasteczka i nie inaczej cuchnących wiosek.
JH: Wcześniej porównywałam pańską sytuację w Warszawie, czy rzeczywiście prawdą jest, że przez pół roku nie miał Pan ani jednego pacjenta?
TJ: Prawda, że w ciągu miesiąca września, października, listopada, grudnia, stycznia i lutego nie zjawił się w tym mieszkaniu ani jeden pacjent, ani jeden „kulawy pies niosący w zębach rubla”.
JH: Wiadomo, że darzył Pan ogromnym uczuciem Panią Joannę, czy miewał Pan jakieś fantazje dotyczące obrazu ukochanej?
TJ: Nie pragnąłem Panny Joasi jako kobiety, nigdy z niej w marzeniach nie zdzierałem szat dziewiczych. Pachnące dymy błękitne otaczały ją i zasłaniały od myśli pożądliwych. Nade wszystko, nad piękność, dobroć i rozum kochałem w niej swoją i jej miłość.
JH:Dziękuję Panie Tomaszu za wywiad, miło było Pana poznać.

TJ:Dziękuję również.

Niezwykła rozmowa z Maciejem Białkiem


Maciej Białek, nauczyciel historii, przez lata ukrywał, że jest niewidomy. Bał się, że straci pracę. Od 18 lat uczy historii w VIII LO w Lublinie, nie widzi od dwunastu. Choruje na zwyrodnienie barwnikowe siatkówki, wzrok tracił stopniowo. Najpierw nie widział po zmroku, potem przestał rozróżniać kolory, kontury, aż do momentu, gdy przed oczami była tylko biała mgła. Tracił wzrok i uczył się szkoły na pamięć.

-Jak Pan radzi sobie z uczniami, którzy próbowali ściągać na lekcjach?
- Teraz, kiedy zaczynam pracę z nowymi uczniami, proszę ich o przysięgę, w której obiecują, że nie będą ściągać. Jednak jeśli przyłapię kogoś na spisywaniu, traci możliwość poprawienia oceny niedostatecznej. To jest właśnie odwaga, żeby łamać model nauczania i żeby być przyzwoitym człowiekiem. Zobaczcie, uczymy się w szkole wielu rzeczy, ale nie chodzi o to, żeby się nauczyć jakiś dat na pamięć, ale uczymy się również przyzwoitości i uczciwości. Bo co? Jeśli ktoś nie patrzy to można wziąć w łapę, a jeśli ktoś już patrzy, to co? Wstyd! Wtedy jesteśmy uczciwi, fantastyczni. Następnie dziwimy się, oglądając polityków nierzetelnych. Potem jest afera, zdziwienie jak można było dopuścić do takich sytuacji. Przecież nikt na czole nie ma napisane „łapówkarz”, ani nikt nie ma napisane „dziwka”, ani że się puszcza. Jednak można robić różne rzeczy. Teraz od nas zależy, czy jesteśmy przyzwoici. Czy to tolerujemy, czy też nie. Więc to nie działa w stu procentach, ale niektórzy sami przyznają się, mówiąc, że nie zrobili czegoś do końca samodzielnie. To jest też ważne.
-Jest kwestia, która mnie bardzo nurtuje. Ile ten film zmienił w Pana życiu i w tym jak ludzie Pana postrzegają?
- Tak naprawdę ten film nic nie zmienił w moim życiu. Czuję się tak, jak się czułem. Nadal jestem nauczycielem historii. Nie stałem się nagle aktorem, jednak miałem przyjemność poznać znane osobowości i przekonać się, że są oni normalnymi ludźmi, takimi jak my, którzy wcale nie „gwiazdorzą”. Są to mili, fajni ludzie, oczytani. Niestety miewamy o nich mylne zdanie. To tzw. „kumpelstwo” z obsadą filmu, zostało mi dane przez los. To jest to, co zyskałem. Na pewno nie wpłynął diametralnie na moją sytuację osobistą czy zawodową. Zawsze powtarzam, że to nie jest moja autobiografia, ale fabuła. Jednak to była niezwykła przygoda, bo ja wychowałem się przy kinie “Grunwald”, które było w Domu Żołnierza. Chodziłem na seanse, kiedy tylko mogłem. Teraz byłem konsultantem przy filmie, począwszy od etapu scenariusza. Dyskutowaliśmy też z operatorem, który chciał, żeby kamera oddała sposób, w jaki świat widzi osoba tracąca wzrok.  Myślę, że ten film pokazał, że warto mówić o swoich problemach głośno, bo wtedy łatwiej znaleźć pomoc. Jednak nie wszyscy chcą pomagać. A gdyby się tak zastanowić, przykładowo pieniądze z niektórych składek powinny pomagać niepełnosprawnym, a tu nagle okazje się, że pieniędzy nie ma. Bo na przykład trzeba było załatać drogę lub wydać pieniądze na coś innego. Także może ten film, te problemy, o których się tutaj mówi, będą dawały do myślenia. Pokazuje, że osobom niepełnosprawnym także można zaufać, gdyż one również mogą wykonywać swoją pracę świetnie. Film ten daje również nadzieję ludziom, których jakiś problem może dotknąć za kilka lat. Pokazuje, że mogą normalnie funkcjonować. Pomimo że z różnymi ograniczeniami, nie należy wyzbywać się swoich marzeń , bo można praktycznie żyć, korzystając z tego życia w pełni. A fakt, że ktoś jest osobą na wózku inwalidzkim, niewidomą, czy osobą bez ręki, nie znaczy, że jest w czymś gorszy, czy że nie potrafi cieszyć się życiem, czy budować relacji, przyjaźni, miłości. To nie znaczy, że jest gorszym pracownikiem, bo nie jest.
- Czy fakt ukazany w filmie, że przez długi czas ukrywał Pan stratę wzroku jest prawdziwy? Jeśli tak, czy było to czymś zmotywowane i czy nie bał się Pan, że sprowadzi to jakieś niebezpieczeństwo, na przykład podczas wycieczki?
- Tak, przez dość długi czas udawałem, że wszystko doskonale widzę. Stopniowo pojawiały się plamki, przestawałem widzieć plamy, zacząłem chodzić w okularach. A przecież nikt nie zakładał, że całkiem straciłem wzrok. Nauczyciel jest trochę aktorem. On przychodzi do was na lekcję  w sposób zamierzony, nie przychodzi włożyć wam do głowy różnych dat, a wy potem musicie się tego wszystkiego nauczyć. Nauczyciele, tak jak aktorzy w teatrze, gramy rolę, aby was zaciekawić, wzbudzić zainteresowanie. Bo chodzi o to, żeby skłonić was do tego, aby otwierać książki w domu. Nikt za was się nie nauczy, jeśli sami tego nie zrobicie. My mamy was tylko do tego zachęcić.
Ta niepewność moich uczniów, czy jeszcze widzę, czy już nie, sprawiała, że nie wiedzieli, czy mają na mnie uważać. W tamtych czasach bycie niewidomym, znaczyło co innego niż teraz. Fakt, że moje życie społeczne zmieniłoby się, był dla mnie okropny. Pomimo że traciłem wzrok, ja ciągle kupowałem książki. Nie mogłem się od tego, tak jakby uwolnić. Było to takie jakby zaklinanie rzeczywistości, że może kiedyś jeszcze będę w stanie sobie je przeczytać. Cieszę się z tego powodu, gdyż wtedy kupione książki, mogły być później przeczytane, za pomocą tych nowoczesnych urządzeń. Jest jeszcze druga rzecz, że przez długi czas miałem lęk przed chodzeniem z białą laską. Poruszanie się po szkole pełnej uczniów, nie było problemem. Szkoła nie jest duża, więc łatwo było znaleźć klasy. Problem zaczynał się, kiedy budynek był już cichy i pusty. Jeszcze inna sprawa, że zdarzyło mi się rozbić golenie w miejscach, w których dawniej dużo przebywałem. Nawet na moim osiedlu. Potrafiłem zwijać się z bólu, jednak nie mogłem szukać innej, łatwiejszej drogi. Bo co jeśli nagle ta droga zostałaby zamknięta? Co wtedy bym począł? Musiałem nauczyć się tak chodzić, żeby chodzić wolniej, ostrożniej, żeby nawet jeśli na coś wejdę, nie poranić się.
Z uczniami chodzi o to, że przecież ich zachowanie nie rzutuje tylko na konsekwencje względem nich. Odpowiadać może również rówieśnik, nauczyciel. Nieważne, że myślimy sobie, że to nasza sprawa, co robimy i wszystko zbagatelizujemy. Życie to ciągłe wybory. Czasami nie wiemy, jaką decyzję powinniśmy podjąć. Nie wiemy, czy powinniśmy walczyć o lepszy los, czy czekać na koniec. Życie jest zaskakujące, ale nie możemy się załamywać. Jedni się rodzą, drudzy umierają, ale musimy się z tym pogodzić.
-Kiedy Pan ukrywał to, że nie widzi, nie używał Pan białej laski. Czy teraz jest inaczej?
-Chodzenie z laską w ręką stało się automatyczne. Zabieram ją ze sobą, nawet jeśli jestem w czyimś towarzystwie. Biała laska jest potrzebna także dla mojego bezpieczeństwa, ale zdarza się, że nawet jeśli stoję z nią na krawędzi ulicy, to kierowcy wcale nie zwalniają. Nie krępuję się też już, kiedy muszę zapytać o drogę.
- Czy ma Pan kontakty z byłymi uczniami?
- Tak, ten kontakt jest. Czasami bliższy, czasami dalszy, telefoniczny. Spotykamy się na jakiś ważniejszych wydarzeniach, bądź przypadkowo, ale utrzymujemy kontakt.
-Czy jest jakaś scena w filmie, która się Panu nie spodobała?
- Nie. Takie pytanie było kierowane do mnie również od reżysera. Jednak to jego wizja i nie chciałem się w to mieszać. W końcu to nie opowieść o mnie, lecz historia inspirowana moim życiem. O Kacprze musiałem pomyśleć jako o bohaterze filmowym, a nie jak o sobie.
- Kiedy doszedł Pan do wniosku, że już dosyć udawania, że czas się przyznać? Czy wydarzyło się coś znaczącego?
- Podczas pewnego wyjazdu zdarzył się pewien wypadek. Pech chciał, że jakiś szalony architekt wymyślił prostokątne wypustki w korytarzach hotelowych. Kiedy akurat szedłem korytarzem uderzyłem głową o tę wypustkę, rozciąłem łuk brwiowy i krew zaczęła lać się strumieniami. Koleżanka zapytała „Maciek, co Ty ślepy jesteś?!” i wtedy powiedziałem, że jestem.

Od redakcji:
Bardzo dziękujemy za wywiad, a wszystkim, którzy nie widzieli jeszcze „Carte Blanche” gorąco polecamy.

Wywiad z Panem Dyrektorem- Markiem Kubitem


Redakcja Elektrogazety miała przyjemność przeprowadzić wywiad z Panem dyrektorem Markiem Kubitem. Przeczytajcie wywiad, a dowiecie się o wspomnieniach szkolnych, pasjach i marzeniach Pana dyrektora.

image
                    
Redakcja:Czy od zawsze wiązał Pan plany ze szkolnictwem?
Pan Dyrektor:Nie.
R:To jakie miał Pan plany?
PD:Kiedy skończyłem studia zastanawiałem się nad pracą inżyniera, bo mam wykształcenie techniczne. Znaleźć pracę dla inżyniera w Krośnie w tym okresie było bardzo trudno. W mojej macierzystej szkole- Zespole Szkół Elektrycznych szukano nauczyciela przedmiotów zawodowych. Stąd ta decyzja. Traktowałem to jako przygodę i wyzwanie, nie wiążąc planów ze szkolnictwem.
R:Czyli tutaj chodził Pan do szkoły?
PD:Tak, do klasy technikum elektrotechnicznego.
R:Czy mógłby Pan dokończyć zdanie: „Mam marzenie by…”?
PD:Ciężko powiedzieć, o czym marzę… <śmiech> Bardzo lubię przyrodę, marzę o możliwości spędzania czasu w pięknych miejscach. Dla mnie piękne miejsca to piękna przyroda, bądź też zachwycająca architektura. Chciałbym spędzać czas w miejscach, które mnie zachwycają.
R:Jakie było Pana największe wyzwanie podczas kadencji dyrektora?
PD:To pytanie jest może za wcześnie postawione, bo to dopiero półtora roku. Jakie największe wyzwanie? Duża szkoła, więc duże wyzwania. Największe?… Utrzymać tę opinię o szkole, którą pozostawili poprzedni dyrektorzy i wysoki poziom edukacji, który zależy od bardzo wielu czynników. Ten rok był bardzo udany, ponieważ wielkim sukcesem było zajęcie pierwszego miejsca w województwie w rankingu „Perspektywy”. Nasze technikum zajęło pierwsze miejsce w województwie podkarpackim, a 10. w Polsce. Wspaniały sukces, ale i duża odpowiedzialność na przyszłość.
R:A co Pana irytuje w zawodzie nauczyciela?
PD:To, że coraz trudniej można znaleźć „normalność”, o którą kiedyś było łatwiej. Mówię tutaj o normalności relacji między dziećmi a rodzicami, o takich sytuacjach, gdzie my- nauczyciele i Pani pedagog spotykamy się z sytuacjami, które nas szokują. Życie codzienne stawia przed nami wyzwania, które ciężko nam realizować, ciężko naprawiać zepsute relacje między dziećmi a rodzicami, trudno jest również uświadomić uczniom poczucie odpowiedzialności za siebie i za naukę, ktróa stworzy im większe możliwości w przyszłości. Takie sytuacje nas nauczycieli niepokoją. Oczekiwania rodziców i dzieci co do szkoły i świata bardzo się zmieniły. Wyznaje się teraz zasadę „jak najmniej od siebie dawać i jak najwięcej brać”. To sytuacje, które mnie niepokoją i irytują.
R:A co, tak właściwie, kryje się pod rolą dyrektora tak wielkiej szkoły?
PD:Kierowanie taką olbrzymią szkołą pociąga za sobą wiele różnorodnych zadań, takich jak radzenie sobie z brakami finansowymi, z potrzebami, z techniką, która tak szybko się rozwija. To również zapewnieni odpowiedniego standardu pracy oraz profesjonalnego wyposażenia klasopracowni, szczególnie w klasach te cynicznych. Praca dyrektora to także współpraca z nauczycielami, pracownikami i uczniami. No pewno trudno wszystko wymienić. To mówiąc tak ogólnie.
R:Jak już wiemy chodził Pan tutaj do szkoły. Czy dużo się od tamtego czasu?
PD:Bardzo dużo. Niemożliwe, żebyśmy zatrzymali pewne procesy. Chociażby to, że ta szkoła była miejscem, do której uczęszczali przede wszystkim chłopcy. Wiele się zmieniło, bo zmieniły się czasy, które narzuciły nowe standardy. Co pozostało? Dobre imię o szkole. Miło jest, gdy rozmawia się z rodzicami obecnych uczniów, gdy mówią, że oni też tutaj kiedyś chodzili. Jest to okazja do tego, żeby porównać jak było kiedyś, a jak jest teraz. Spotkania te łączą dwa przedziały czasowe. Mamy możliwość rozmawiania z osobami, które kończyły tę szkołę w latach 60. Możemy pokazać im, jak w tej chwili wygląda szkoła. Cieszą się, że mogą ją zwiedzać, ale też mówią, że to było inne miejsce, wiele się zmieniło. Są to osoby, które pamiętają czasy warsztatów, kiedy nauka było bardziej praktyczna. Napawa dumą i radością, że osoby, które kończyły naukę w tej szkole z chęcią do niej powracają. To połączenie czasów młodości z teraźniejszością.
R:A czy był Pan wagarowiczem?
PD:<śmiech> Akurat nie. To były czasy, kiedy wymagano od nas dużo więcej. Byliśmy wtedy odpowiedzialni za swój czas, który musieliśmy dobrze wykorzystywać. Mieliśmy również zobowiązania wobec rodziców, nie chcieliśmy, aby ich troska po naszą przyszłość poszła na marne. To były trudniejsze czasy. Staraliśmy się dobrze wywiązywać z roli dzieci i uczniów.
R:Kujon czy imprezowicz? Do jakiego typu było Panu bliżej?
PD:Po środku może? No pewno nie kujon, na pewno nie imprezowicz. Tak, tak bym to ujął.
R:Czy miał Pan w szkole jakiegoś specyficznego nauczyciela, którego najbardziej Pan zapamiętał?
PD:Musiałbym wymienić dwóch takich nauczycieli, a mianowicie pana Janusza Krywulta, który uczył nas elektrotechniki. Był bardzo wymagający. Nigdy nie zapomnę jego bezproblemowego utrzymywania dyscypliny na lekcjach. Od razu na pierwszych zajęciach przedstawił nam na jakich zasadach będzie utrzymywać się nasza współpraca, na które składały się dwa punkty: „1. Nauczyciel ma zawsze rację. 2. Jeśli nauczyciel nie ma racji, patrz punkt pierwszy”. Te dwa punkty były bardzo rygorystycznie postrzegane przez Pana Profesora. To doświadczenie nauczyło nas wszystkich systematyczności i pracowitości. Byliśmy rozliczani z najmniejszych drobiazgów. Można było dostać ocenę niedostateczną za niepodkreślenie tematu, czy za wykonanie nierównego kółeczka przy numerze w zeszycie.Zeszyt wyglądał tak jak księga przepisywana przez mnichów. Ta konsekwencja nauczyciela była dla nas wzorem. Nie mogliśmy niczego pominąć, ponieważ byliśmy rozliczani z każdego najdrobniejszego zadania. Nie była to czysta dyscyplina, ale też wiążące się z nią zasady. Przykładowo dyżurny musiał w odpowiedni sposób przygotować tablicę. Była to cała ceremonia płukania gąbek, wykręcania szmatek i czyszczenia żyletką delikatnych zarysowań na tablicy. Drugim specyficznym nauczycielem był Pan Andrzej Lorenc. Zapamiętaliśmy go, jako osobę, która dała nam do zrozumienia, że to my odpowiadamy w dużej mierze, za wypełnianie naszych obowiązków szkolnych. To była osoba, która zaczęła do nas mówić, co było rzadkie w tych czasach, „panowie”, skąd też wielu nauczycieli w tej chwili używa zwrotu „panowie” czy „panie”. W moich czasach to było takie nowum i także odbieraliśmy to pozytywnie. Pan dyrektor Andrzej Lorenc był bardzo otwarty na dialog. To była rzadka, jak na owe czasy, sytuacja. Mieliśmy swobodę, ale i z tej swobody byliśmy w pewnie sposób rozliczani. Także dało nam to do myślenia. Porównanie tych dwóch sytuacji- tych dwóch nauczycieli było dla mnie ważne, ponieważ po studiach, gdy sam, jako nauczyciel, stanąłem przed tablicą mogłam z nich czerpać inspiracje. Z obu przykładów czerpałem doświadczenie. One się ładnie uzupełniły.
R:Co Pan lubi robić najbardziej w wolnym czasie? Czy ma Pan jakieś szczególne zainteresowania?
PD:Z czasem wolnym jest problem. <śmiech> Wróciłem do starych przyjemności, mianowicie do jazdy konnej. Staram się tak wykorzystywać czas, aby zadbać o zdrowie. Lubię uprawiać sporty. Marzę o tym, żeby pojeździć na nartach, ale w tym momencie nie ma takich szans.
R:Czy ma Pan swoje jakieś motto życiowe, którym mógłbym się Pan z nami podzielić?
PD:Bocheński powiedział: „Żyj dla swojego dzieła”. To jest coś, co mnie właśnie mobilizuje. Życie stawia przed nami różne zadania, a ja staram się je jak najlepiej wypełnić, zwłaszcza z myślą o tych, którzy z mojej pracy czerpią inspiracje. Myślę, że powinniśmy działaś na miarę swoich sił i swoich możliwości.
R:Teraz ostatnie pytanie: Czy zmieniłby Pan coś w naszej szkole?
PD:Jeżeli znam wszystkie obwarowania związane z prowadzeniem szkoły, to zdaję sobie sprawę, jakie mam możliwości. Jeśli komuś innemu zadamy to pytanie, to na pewno wymieniłby długą listę. Musiałbym zapomnieć o tych realnych możliwościach, żeby odpowiedzieć pięknie na to pytanie. Szkoła, bez względu czy chcemy czy nie, zmienia się i będzie się mieniała, oby tylko w dobrym kierunku. Mówię tutaj ogólnie o szkole, nie tylko o naszej. Co ja bym chciał zmienić? Życzyłbym sobie, aby szkoła była estetycznych miejscem, takim, w którym ludzie będą się dobrze czuli, wzajemnie szanowali i wspierali. Wszyscy tutaj nabieramy nowych doświadczeń, uczymy się nowych relacji i próbujemy sprostać nowym wyzwaniom. Jeśli szkoła ma się zmieniać, to niech to będą takie zmiany, które dadzą korzyści całej społeczności szkolnej.
R:Dobrze. Dziękujemy Panu bardzo za wywiad.
PD:Proszę bardzo, dziękuję również.

Uczestniczka “Mam Talent” w Jury!


We wtorek, 1. kwietnia, w naszej szkole odbyła się kolejna edycja konkursu piosenki obcojęzycznej. W jury zasiadali Pani Małgorzata Roman- nauczycielka języka rosyjskiego, Pan Krzysztof Konop- nauczyciel prowadzący kółko muzyczne, Nikolina Nieroda- olimpijka języka niemieckiego i Monika Nowotyńska- absolwentka naszej szkoły oraz uczestniczka programu “Mam Talent”. Korzystając z okazji postanowiliśmy zadać jej kilka pytań.

image
Redakcja: Chodziłaś do naszej szkoły, jak wspominasz te lata? Na jaki profil uczęszczałaś?
Monika: Liceum wspominam bardzo dobrze. Poznałam tu wielu wspaniałych ludzi i mam związanych z nimi wiele miłych wspomnień, również muzycznych. Chodziłam do klasy o profilu matematyczno-geograficznym, której wychowawczynią była Pani Barbara Kurowska.
Zdarza mi się tęsknić za szkołą :)
R: Od kiedy interesujesz się muzyką?
M: Muzyką interesowałam się w zasadzie od najmłodszych lat. W wieku 8 lat mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, w której przez 4 lata uczyłam się gry na klarnecie. Jednak sama gra nie sprawiała mi tyle radości co śpiewanie, więc II. stopień ukończyłam już w klasie o profilu wokalnym.
R: Co zadecydowało o tym, że wzięłaś udział w Mam Talent?
M: Do wzięcia udziału w MT namówili mnie znajomi. Chciałam podjąć jakieś większe muzyczne wyzwanie, spróbować czegoś nowego.
R: Jak to wygląda z perspektywy uczestnika?
M: Jest to bardzo fajne przeżycie, poznanie nowych, zdolnych ludzi, a także możliwość zobaczenia jak wyglądają kulisy pracy przy tworzeniu takich programów.
R: Czy było warto?
M: Oczywiście, że tak, choćby dlatego, że poznałam Marcina Prokopa :) A tak na poważnie to… myślę, że warto się otworzyć i spróbować swoich sił w takim programie, bo dają naprawdę wiele możliwości.
R: Czy wiążesz swoją przyszłość z muzyką?
M: Chciałabym, ale nie nastawiam się na robienie jakiejś kariery, bo nie w tym tkwi sens. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś nagrać płytę, koncertować, mieć swoje grono słuchaczy.
R: Jakie rady dałabyś naszym zaczynającym wokalistom?
M: Nie jestem jeszcze chyba odpowiednią osobą do udzielania rad, sama jeszcze się uczę. Jedynie co mogę doradzić osobom, które chcą się rozwijać wokalnie to znalezienie osoby, która poprowadzi ich w dobrym kierunku i pomoże odnaleźć właściwą drogę.
I chyba najważniejsze: nie bać się spełniać marzeń ! :)
image
R: Bardzo dziękujemy za wywiad i życzymy ci kolejnych sukcesów, które pomogą w spełnianiu swoich własnych marzeń.

Tutaj możecie obejrzeć castingowy występ Moniki. 

Wywiad z Panią Wicedyrektor- Hanną Piechotą

Nasza redakcja postanowiła przeprowadzić wywiad z Panią Wicedyrektor- Hanną Piechotą. Przeczytajcie, a dowiecie się jakie plany na przyszłość miała na początku Nasza Pani Wicedyrektor oraz co robi w chwilach wolnych od swoich szkolnych obowiązków.

Redakcja:  Do której roli jest Pani bliżej- nauczyciela czy dyrektora?
Pani Wicedyrektor: Najbliżej mi na pewno do roli nauczyciela. Do tego przygotowywałam się przez okres pięcioletnich studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Przygotowuję się również przez każdy jeden rok mojej pracy. Ciągle udoskonalam swoje umiejętności, poszerzając wiedzę merytoryczną jako nauczyciel języka polskiego i wiedzę z zakresu psychologii i pedagogiki. W tym moim rozwoju zawodowym na pewno ważnym momentem był okres , kiedy pracowałam jako metodyk języka polskiego, potem długi okres jako wicedyrektor, potem przez 7 lat jako dyrektor tej szkoły, a teraz jako wicedyrektor przez ostatnie 2 lata przed moim ostatecznym odejściem na emeryturę. Jednak rola nauczyciela jest mi najbliższa. Lubię pracę z młodzieżą, ten bezpośredni kontakt z młodymi ludźmi daje nauczycielowi ogromną satysfakcję i niewątpliwie mobilizację do pracy. 

R: Czyli właściwie Pani od zawsze chciała być nauczycielem, tak?

PW: Od zawsze. To znaczy jeżeli mam być szczera już na studiach błysnęła mi myśl, że będę dziennikarzem, ale potem jakoś tak los chyba pokierował, że trafiłam do Turaszówki i.. chyba dobrze zrobił. Jak patrzę na swoją pracę zawodową, kiedy oglądam się za siebie to był to dobry czas w moim życiu. I ten etap dyrektorowania wymagający ogromu pracy, niejednokrotnie bardzo stresującej, ale dający takie poczucie, że chyba trochę dobrego udało mi się zrobić. 

R: Więc ma Pani kontakt z młodzieżą już właściwie od samego początku. Jakie różnice widzi Pani pomiędzy młodzieżą teraz i kiedyś?

PW: Nie widzę. To nie dlatego, że jestem krótkowidzem *śmiech* i dlatego, że mam ciągle problem z myleniem nazwisk uczniów, ale zaczęłam pracę jako nauczyciel w 1974 roku, więc na dobrą sprawę, ktoś powiedziałby, że nikt tak długo nie żyje. Nie widzę różnicy. Młodzież jest tak samo spontaniczna, tak samo chętna do pracy i tak samo chętna do leniuchowania. Ludzie się nie zmieniają, ludzie są tacy sami. Zmienia się scenografia, na której odgrywamy swoje role i zmieniają się pewne mechanizmy, które może pozornie trochę ułatwiają życie młodzieży, a tymczasem łatwiej wprowadzają na manowce, w zaułki, z których ciężko jest wyjść. Pomimo moich lat, wielu, które już mam, pracuje mi się z młodzieżą równie dobrze jak wtedy, kiedy pracę zaczynałam i dla mnie uczeń i młodzież to po prostu pozytywne postacie, z którymi trzeba szukać kontaktu i wzajemnego porozumienia. Jak ludzie ze sobą rozmawiają i nawzajem mają nastawione uszy na słuchanie, a nie tylko na mówienie to niezależnie do tego czy jest to młodzież z 1974 roku czy jest to młodzież współczesna jest tak samo, więc wszelkiego rodzaju opowieści, że młodzież jest zła między bajki włożyć. 

R: A wracając do 1974 roku… Pamięta Pani swoją pierwszą lekcję, kiedy weszła Pani pierwszy raz do klasy?

PW: Ja pierwsze swoje lekcje pamiętam jako lekcje z praktyk pedagogicznych, ponieważ studiowałam na uczelni pedagogicznej kładziono na to ogromny nacisk. Przeszliśmy ogromną szkołę, w sensie ćwiczenia, w zakresie prowadzenia lekcji, metodyki lekcji. Każda jedna lekcja czy z 74. czy lekcja obecnie, kiedy przychodzę po raz pierwszy do jakiejś klasy to jest lekcja w której jest ten moment jak nawzajem siebie odbierzemy. Czy ten pierwszy wzajemny kontakt będzie tym kontaktem, którym rozsypie się wszystko i trzeba będzie się starać i lepić ten rozbity garnek dobrych relacji czy znajdziemy na ‘dzień dobry’ tę wspólną płaszczyznę porozumienia i tak jak pamiętam, sięgając jakby nie było 40 lat wstecz, zawsze w sposób jasny i czytelny mówiłam czego ja oczekuję i pytałam czego oczekujecie ode mnie i na tej płaszczyźnie szukajmy porozumienia, bo ideałem naszej pracy jest nie moja satysfakcja, nie moje zarobki, bo one są, ale ideą jest to, żebyście ukończyli szkołę z dobrym wynikiem, zdali maturę, poszli na studia, a przede wszystkim dzięki temu językowi, którego nauczam- językowi polskiemu stali się mądrymi, wrażliwymi ludźmi, wrażliwymi na innych, bo bez tego nie da się dobrze żyć.

R: Teraz pytanie z Pani lat szkolnych: była Pani raczej imprezowiczem czy typem kujona? 

PW: Nie, ani jedno ani drugie. To były lata 60. Imprezować mogłam trochę więcej studiując, ale w okresie mojej szkoły średniej były tak twarde rygory, że jeśli nauczyciel spotkał po południu dziewczynę idącą z chłopakiem, już nie mówię o jakimś obejmowaniu się, trzymaniu za rękę, to już były listy, pisma do rodziców ‘dlaczego’ i ‘co’. Po godzinie 20. przebywanie poza domem było przyjmowane z oburzeniem. Natomiast moją ogromną pasją było czytanie. Nie imprezowanie, a czytanie. Na studniach oczywiście, bo na tym polega również życie studenckie, że się poznaje innych ludzi, że się wchodzi w takie inne sfery życia, młodość pociąga, więc imprezowanie także, ale nie imprezowanie takie na zasadzie ‘impreza, impreza’, a potem byle jak na studiach.. Przede wszystkim studiowanie, intensywne studiowanie, a imprezowanie jako element kolejny. Takim fajnym czasem i ogromnie ożywiającym, uczącym ogromnej precyzji mówienia, a to jest ważne dla dziennikarza, było działanie w redakcji „Prometeja”. Wychodził taki miesięcznik studencki „Prometej”. Jego redaktor naczelny- Józef Węgrzyn potem był związany z TVN-em, taka znacząca postać. 

R: Wspominała Pani, że lubi Pani też czytać. W jakich gatunkach Pani gustowała, gustuje. Skłania się Pani bardziej ku klasykom czy może współczesnym twórcom?

PW: Czytałam wszystko co mi w ręce wpadło. Z resztą był to taki czas, że zakres literatury był ograniczony. Wynikało to z określonych uwarunkowań politycznych, więc pewnych tekstów się nie dostawało. Lektury oczywiście wyczytane od A do Z. Fascynowała mnie literatura lat wojny i okupacji. Również rozczytywałam się w literaturze rosyjskiej, fascynował mnie Tołstoj i jeden i drugi. Zarówno Lew Tołstoj jak i Aleksander Tołstoj, a jego „Droga przez mękę”- „Chażdienie po mukach”, popatrzcie pamiętam, nawet część przeczytałam po rosyjsku, więc mówię czytałam dużo i co mi w ręce wpadło. Współcześnie rozczytuję się w literaturze kryminalnej. Lubię taką literaturę w takich kategoriach rozrywkowych, lubię literaturę kobiecą, daje ona taki zastrzyk ciepła, refleksji, a poza tym co mi w ręce wpadnie. Idę do biblioteki, o w samochodzie mam już stertę książek do oddania i znowu na zasadzie co mi w ręce wpadnie. Ostatnio czytam taki cykl, autorka nazywa się Carol Drinkwater i w tytule kilku tomowego cyklu pojawia się słowo ‘oliwka’. O kobiecie, która kupiła fermę oliwkową na południu Francji, uprawia ją, jest zarazem dziennikarką, aktorką, więc jest kobietą, taką.. bogatą wewnętrznie i tak cudnie pisze o tych drzewach oliwkowych, właściwie personifikuje je wręcz, nadając im jakąś wielką wyjątkowość, bo te drzewa są wyjątkowe, mające ponad 1000 lat, właśnie tak myślę jak to zrobić, żeby u mnie.. W moim ogrodzie oliwka nie przetrwa zimy, ale może spróbuję takie drzewko oliwkowe zaszczepić sobie w donicy, dużej donicy. Może mi się to uda, byłabym bardzo szczęśliwa. 

R: A jaki okres życia wspomina Pani najlepiej?

PW: W życiu to jest tak jak z warkoczem, prawda? Przeplatają się różne pasma i na pewno przychodzi czas bólu i nieszczęść i przychodzi czas wielkiej radości. Ale może właśnie osoba, czy kobieta w moim już wieku docenia wielką radość i szczęście tego co było i tego co ma teraz właśnie z perspektywy tych wszystkich doświadczeń. I dlatego na pewno bardzo szczęśliwym okresem w moim życiu był moment, w którym urodziłam moją córkę i jest to coś wyjątkowego dla kobiety jak przynoszą to dzieciątko. A teraz, kiedy, ten okres teraz, kiedy przez ten czas mojego prowadzenia szkoły, dyrektorowania, pracowania na stanowisku wicedyrektora udało mi się razem z zespołem nauczycieli, rodziców, uczniów sprawić, że nasze technikum jest tak wysoko notowane w kraju, jest na czołowych pozycjach. Że nasze liceum tak wysoko się plasuje, jeżeli chodzi o zdawalność matur, że są to coraz ciekawsze wyniki w konkursach różnych i to że jestem szczęśliwą babcią, mam kochane wnuki, z którymi mam bardzo dobry kontakt, mam córkę, z którą mam dobry kontakt, mam wspaniałego zięcia i rodzinę mojego zięcia, z którą jestem bardzo zaprzyjaźniona, to wszystko sprawia, że się czuję człowiekiem po prostu szczęśliwym, który ma szczęście zrealizowania się marzeń. Marzyłam kiedyś o tym, żeby kupić dom, kupiłam, mam ogród, teraz marzę o tym, że będę ten ogród tak prowadzić, pielęgnować jak mi się marzy, będę mieć czas wreszcie na czytanie, czytanie, czytanie… I szczęście człowiekowi dają ludzie, a ja tych ludzi dobrych, życzliwych mam koło siebie. 

R: Ma Pani jakieś motto życiowe, którym kieruje się Pani na co dzień? 

PW: Tak, staraj się czynić dobro, bo ono powraca, nawet nie wiesz kiedy. Zło, tak jak ta powracająca fala w noweli Prusa, na pewno powróci, a dobro, które staram się czynić nie czyniąc zła, a nie czyniąc zła, czyni się dobro. Sama się czuję lepsza. Poza tym motto „Uśmiechaj się do ludzi”. To jest dla mnie bardzo ważne, wiem, że ten uśmiech sprawia, że nawet jeśli ktoś jest taki zjeżony jak takie zwierzątko niespokojne to sprawia, że uśmiech rozładowuje. No i mów ludziom szczerze co o nich myślisz. W tych sytuacjach oczywiście nie na zasadzie, że idę i wygłaszam, że ty jesteś taki czy inny, bo ja tak o tobie myślę- nie. Nie wolno ludzi obrażać, to jest ważne, ludzi trzeba szanować, nie zależnie od tego jakie mają poglądy. Człowiek ma prawo mieć swoje poglądy, ja mogę podjąć dyskusję z tymi poglądami, bo się z nimi nie zgadzam, ale masz prawo mieć swoje poglądy, masz prawo je bronić, ale jeśli mam coś przykrego mojemu uczniowi do powiedzenia to mówię to w zaciszu gabinetu po to, żeby go nie obrażać przy kolegach, bo nie ma powodu, nawet nie ma prawa, obrażać nikogo. 

R: To wszystkie nasze pytania. Dziękujemy bardzo za wywiad. 


PW: Również dziękuję, było mi bardzo miło!

Wywiad z nauczycielem historii i wiedzy o społeczeństwie- Panią Renatą Fortuną


R: Jak wspomina Pani czasy studenckie?
PF: Bardzo dobrze, uważam, że był to jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Dorastałam i studiowałam w czasach zupełnie innych niż wy, mieszkałam przez okres studiów w akademiku, nie było lodówek, więc za lodówki służyły nam parapety okienne i kiedy przywoziliśmy jedzenie z domu wkładaliśmy do reklamówek, przytrzymywaliśmy dołem okna żeby nie spadło i później wyciągaliśmy, żeby produkty były świeże. Trudno było coś w sklepach kupić, ponieważ nasz socjalizm upadał i w zasadzie jak się nie przywiozło czegoś z domu to ciężko było później uzupełnić tę lodówkę za oknem. Oprócz tego pokoje były bardzo skromnie urządzone, nie mieliśmy czajników elektrycznych, podgrzewaliśmy wodę najczęściej grzałką, jeżeli było więcej czasu to zanosiliśmy jakieś naczynie czy czajnik do kuchni, która mieściła się na piętrze akademika, no i tam staraliśmy się pilnować tej wody, żeby po prostu nie przypalić garnka ewentualnie nie doprowadzić do takiej sytuacji, że nam znika czajnik. Spotykaliśmy się na korytarzu lub w pokoju. Bardzo często wyglądało to w ten sposób, że siadaliśmy większą grupą i rozmawialiśmy wieczorami, śmialiśmy się, w zasadzie nie odczuwaliśmy tego, że żyjemy w państwie totalitarnym, choć nie czuliśmy swobody wypowiedzi, nie czuliśmy wolności słowa, to było odczuwalne, ale nikt nam nie bronił spotykać się, żartować i cieszyć z tego, co młodego człowieka po prostu cieszy.
R: W liceum uczęszczała Pani na profil biologiczno-chemiczny, czy nigdy nie żałowała Pani tak zmienionego kierunku nauki na studiach?
PF: Nie żałowałam, ale system uczenia w moich czasach był zupełnie inny niż dzisiaj. Chodziłam do czteroletniego liceum i podjęłam kierunek biologiczno- chemiczny, ponieważ marzyło mi się zostać lekarzem weterynarii. Robiłam wszystko, żebym tym lekarzem weterynarii zostać. Chciałam leczyć psy i koty, a lata temu leczenie psów i kotów było raczej ewenementem. W dużych miastach takie lecznice powstawały, normalnie po skończeniu studiów najczęściej podejmowało się pracę w gospodarstwie rolnym, w kilku gospodarstwach rolnych, ewentualnie w pegieerze. Ja siebie w takiej roli lekarza weterynarii po prostu nie widziałam. Ponieważ cykl uczenia był inny niż dzisiaj, a kierunek nauczycielski zawsze mi się podobał, tylko uważałam, że praca po takich studiach jest trudna i wymagająca, mimo to jednak zdecydowałam się podjąć to wyzwanie. Na maturze musiałam zdawać wybrany przedmiot- na kierunku biologiczno- chemicznym biologię rozszerzoną, ale ponieważ uczyłam się 4 lata systematycznie historii, nie było problemu w ciągu dwóch miesięcy nauczyć się jej, ponieważ większy nacisk kładziony był na wiedzę, a nie na umiejętności i w tym momencie, kiedy zdawałam egzamin wstępny na studia zdałam go naprawdę dobrze, bo te dwa miesiące wystarczyły na powtórzenie i na utrwalenie materiału. Dzisiaj byłoby to niemożliwe.
R: Imprezowicz czy kujon?
PF: *śmiech* Odpowiem tak, studia są pięknym okresem w życiu młodego człowieka, ale trzeba wszystko mądrze wykorzystać. Z doświadczenia moi koledzy i koleżanki, którzy mocno angażowali się w imprezy bardzo szybko pokończyli te studia. Na pewno studia są czasem na nawiązanie przyjaźni, na pewno są czasem na to, żeby się zabawić, ale trzeba wszystko mądrze oddzielić, ponieważ bardzo łatwo jest z tych studiów wypaść. Ja mogę dodać tyle, że starałam się uczyć najlepiej jak potrafiłam, żeby zdobyć wiedzę, ale też kontakty z kolegami i koleżankami były bardzo ważne. Wyjścia na dyskoteki, do kina, spotkania. Każdy z nas musi mieć możliwość naładowania swoich akumulatorów. Ja przez 4 lata miałam stypendium naukowe, ale to stypendium naukowe traktowałam jako dodatek do budżetu, który dostawałam z domu. Czyli były to pieniądze, które były przeze mnie wypracowane i mogły być przeznaczone na moje wydatki. W ten sposób starałam się odciążyć finansowo rodziców i miałam poczucie niezależności finansowej.
R: Dziedzina nauki, którą zajmuje się Pani córka jest typowo ścisła, czy nie jest Pani szkoda, że nie poszła w ślady mamy?
PF: Nie, bardzo się cieszę, że wybrała kierunek, który wybrała, choć przyznam się szczerze, że na początku na pewno było bardzo dużo moich obaw. Dlatego, że zdawałam sobie sprawę nie tyko z trudności kierunku, ale także trudności zawodu, który w przyszłości planuje wykonywać. Ja w ogóle uważam, że jeżeli uczeń ma predyspozycje do nauk ścisłych to te nauki ścisłe mu w jakimś sensie pomagają, no przynajmniej w dzisiejszych czasach w znalezieniu tej pracy, ale nauki humanistyczne czy społeczne z kolei bardzo kształcą człowieka, dodają ogromną wiedzę. Najlepiej by było gdyby człowiek miał połączenie nauk ścisłych i wiedzy humanistycznej. To, że nie poszła w moje ślady to dobrze. Moja córka powiedziała kiedyś tak: „Mamo, zawód nauczyciela jest bardzo ciężki, ja widzę ile ty w domu pracujesz.” Więc lepiej, żeby wykonywała w życiu to, co lubi, traktowała swoją pracę jako pasję. Na pewno lepiej wykonywać w życiu to, co się lubi niżeli wykonywać coś tylko z obowiązku.




R: Czy leciała już Pani samolotem pilotowanym przez córkę?
PF: Dwa razy. Latałyśmy nad Krasiczynem, byłyśmy nad Soliną, latałyśmy nad Krosnem, nad parkiem Czarnorzecko- Strzyżowskim, latałyśmy też nad moją okolicą, nad naszym domem no i oczywiście nad Rzeszowem. Wrażenia są ogromne, świat widziany z góry jest inny. Byłam pełna uznania dla umiejętności mojej córki, dla jej opanowania, wiedzy i sposobu komunikowania z wieżą lotniczą. Bałam się, że nie mam pod sobą gruntu, jeśli ktoś lubi podróże na takiej wysokości to na pewno jest to niesamowite przeżycie, ale dodam jeszcze jedno, że pani profesor Renata Szyndak również latała z moją córką.
R: Lubi Pani podróżować, który wyjazd przyniósł najwięcej zadowolenia i był niezapomnianą przygodą?
PF: Myślę, że każdy wyjazd jest jeden i niepowtarzalny, każdy jest inny. Jadąc do wybranego kraju jedziemy w określonym celu, żeby coś zwiedzić. Gdybym miała tak podsumować dotychczasowe wyjazdy to chyba dwa zrobiły na mnie największe wrażenie. Wyjazd do Rzymu, kiedy kilka lat temu sami zwiedzaliśmy to miasto jeżdżąc metrem i posługując się po prostu mapą. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie jak potężna była cywilizacja starożytnych Rzymian mimo, że miałam bazę teoretyczną, to chyba nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Dopiero kiedy stanęłam na miejscu i zobaczyłam co pozostało po Rzymianach byłam pełna podziwu dla ich osiągnięć. Drugi wyjazd to Turcja i niecodzienne spotkanie z Europą i Azją. Całe zachodnie wybrzeże Turcji to starożytna Grecja, a Antiochia to przecież początek chrześcijaństwa, tam znajdują się kościoły kute w skale po pierwszych chrześcijanach, które już dzisiaj stoją puste. Ten kraj zrobił na mnie ogromne wrażenie, pełen zapachów, kolorów i różnorodności kulturowej ukazywanej chociażby w ich stroju.
R: W których krajach była Pani dotychczas?
RF: Nigdy nie liczyłam, bo część krajów jest docelowa, część przejezdna, zawsze staram się tak organizować wyjazd, żeby zwiedzić coś również po drodze, myślę, że dokonam takiego podsumowania, kiedy będę już pewna, że nigdzie nie pojadę.
R: Gdyby mogła się Pani przenieść w przeszłość, jaki moment to by był?
PF: Bardzo trudne pytanie… Bo z jednej strony, kiedy patrzę na to, co się dzisiaj dzieje, że młodzież kończy studia i ma problemy z dostaniem pracy to w moich czasach takich problemów nie było i chyba pozostanę na tym etapie życia, na którym jestem, a gdybym mogła cofnąć czas to chyba po to, żeby wykorzystać pewną mądrość, którą mam dzisiaj. Tak więc etap życia, na którym jestem, traktuję jako ten, z którego jestem jak najbardziej zadowolona.

R: Jakie ma Pani typowe dla siebie sposoby spędzania wolnego czasu?
PF: *śmiech* Chyba nietypowe, bo w zasadzie z jednej pracy udaję się do drugiej. Po powrocie z pracy w szkole, kiedy jest sezon od maja do października najwięcej czasu spędzam w swoim ogrodzie. Jest on bardzo duży i wymaga koszenia rzędu 5-6 godzin, do tego dochodzą rabaty z kwiatami, krzewy, które trzeba przycinać. Jednak piękny widok cieszy i rekompensuje tę ciężką pracę. To właśnie w ten sposób spędzam swój wolny czas, przy pracy, a po jej wykonaniu odpoczywam w ogrodzie z dobrą książką. Lubię też zapraszać znajomych, bo rodzina sama wpada i wtedy prowadzimy rozmowy, żartujemy. Oczywiście najlepiej, kiedy jest ładna pogoda, wtedy siedzimy w ogrodzie, wieczorem zapalamy światło ogrodowe i świece. Klimat jest niezapomniany. Zimą lubię pojeździć na łyżwach i w miarę możliwości na nartach.
R: Dziękujemy za wywiad.